Przejdź do głównej zawartości

O samoocenie i pracy nad sobą słów kilka (czytaj do końca, jeśli się zrazisz)

Siłą rozpędu, oto leci drugi post dzisiaj.

Porozmawiajmy o samoocenie. Niektórym może się moje zdanie w tej sprawie nie spodobać, i mają do tego prawo, bo być może się mylę. Poza tym, rzecz z pojmowaniem i akceptowaniem samego siebie jest taka, że dla każdego wygląda inaczej i każdy mówi do siebie własnym językiem. Oto zatem mój.
Zacznę od tego, że problemy z samooceną miałam i mam dalej. Jakkolwiek obecnie nie narzekam, tak może się to prędko zmienić. Tak z dziesięć razy w ciągu kilku dni. Na przemian na plus i na minus, to naprawdę zależy od wyspania, najedzenia i ciśnienia barometrycznego.
Ok, to po pierwsze. Po drugie: samoocena to nie to samo, co poczucie własnej wartości. Nie dla mnie. Moja samoocena to kwestia bycia ładną lub brzydką, szczupłą lub nie bardzo, lubianą bądź nienawidzoną. Natomiast poczucie własnej wartości to kwestia świadomości swoich praw jako istoty ludzkiej. Jeśli ktoś neguje swoje prawo do, na przykład, wyrażania własnego zdania, bo przecież nikogo to nie obchodzi, wtedy rzecz dzieje się na temat poczucia własnej wartości.
Skoro to już wiemy, przechodzimy dalej. To będzie dobre, bo leci ta szokująca część.

Nie jesteś perfekcyjny. Najpiękniejszy, najmądrzejszy, najsympatyczniejszy. Są ładniejsi, mądrzejsi, sympatyczniejsi, i jest ich wielu. I, wbrew temu, czego się spodziewasz, nie zamierzam ci teraz powiedzieć nic o akceptowaniu siebie takim, jakim się jest, kochaniu swoich wad, bo to w mojej skromnej opinii lifestyle'owy bullshit.
Story time!
Była sobie dziewczynka. Chodziła do szkoły podstawowej i bardzo to lubiła. Powiedzieć, że uczyła się nieźle byłoby eufemizmem. Wszystko przychodziło jej bardzo łatwo, zdobywała najlepsze stopnie przy niemal zerowym wysiłku, a wychowawczyni klasy utwierdzała ją w przekonaniu, że jest niesamowita, faworyzując ją ponad inne dzieci.
Dziewczynka nie widziała świata poza czubkiem własnego nosa, który zadzierała wysoko. Rówieśników postrzegała jako niewartych uwagi plebejuszy, zazdroszczących jej geniuszu. Ilekroć coś jej nie wychodziło, wpadała w szał. Na wszystkim znała się najlepiej, na każdy temat potrafiła się wypowiedzieć. I tak sobie rosła, w przekonaniu, że jest najlepsza.
Jeśli ktoś próbował ją zakwestionować, prędko był zasypywany zniewagami. Gdy z kimś się pokłóciła, ulubionym jej argumentem było stwierdzenie, że to oczywiste, że ma rację - w końcu jest mądrzejsza.
A klasa jej nie znosiła. Kojarzysz amerykańskie seriale ze stereotypową szkolną strukturą społeczną? (SSSS) Weź tego irytującego kujona, który wiecznie rzuca "ciekawymi" faktami i używa zdań przesadnie złożonych i dla popisu używa trudnych słów. Dodaj do tego charakter wrednej, bogatej, zapatrzonej w siebie dziewczyny.
Dziewczynka wkrótce odkryła Internet - wspaniałe źródło wiedzy i inspiracji. I tam ze wszystkich stron zaatakowały ją obrazki, cytaty i posty, przekonujące, że jest wspaniała taka, jaka jest. Zapewniające, że przemoc w szkole dotyka osoby, które się wyróżniają i że nie ma w tym ich winy. Odtąd nieprzychylne spojrzenia koleżanek i kolegów zaczęła w rzeczy samej postrzegać jako znęcanie się, jakkolwiek nikt nigdy się nad nią stricte nie znęcał.
W drugiej połowie szkoły podstawowej zaczęła doskwierać jej samotność. Wynikająca oczywiście z jej okropnego charakteru, ale ona w dalszym ciągu była przekonana, że jest niesprawiedliwie osądzana i z tego powodu nienawidzona. Doczepiła się więc do dwóch przyjaźniących się ze sobą dziewczynek.
Ta część jest bardziej skomplikowana, ale finalnie po paru miesiącach zbliżyła się szczególnie z jedną z nich. Dziewczynka była bystra i pracowita, przy czym ładna i bardzo lubiana. W klasie nie było osoby, która nie darzyłaby jej sympatią. Nasza mała zołza zaczęła się jej przyglądać i zastanawiać, dlaczego ona nie ma tylu przyjaciół? Przecież jej poczucie humoru było bez skazy, tak samo uznawała się za niesamowicie sympatyczną i towarzyską pomimo tego okropnego bullyingu, jakiego wszak doświadczała!

Minęło trochę czasu, ale wreszcie zrozumiała - nie można uznawać, że jest się perfekcyjnym z założenia, bo tak. Jesteś sobą=jesteś idealny. "Nie patrz na innych, ich problem, że coś im się nie podoba!". Cóż, otóż nie, chociaż byłoby to łatwe. Ale niestety, z ostatniej chwili: dzielisz świat z innymi ludźmi! Wiesz, takimi, którzy też dysponują uczuciami, rozumem czy whatever. I wiesz, żeby jakoś żyć obok nich, musisz umieć przestać wreszcie mówić sobie, że jesteś idealny, bo jesteś sobą i spojrzeć na siebie ich oczami. Zobaczyć, co widzą oni i ewentualnie pracować nad cechą, która jest po prostu wadą, a nie "twoją unikalną zaletą".
Dobra, to zabrzmiało okrutnie, i jeśli czyta to osoba z poważnymi problemami z samooceną, mogłam pogorszyć sytuację. Dlatego spieszę z wyjaśnieniami: bynajmniej nie twierdzę, że jeśli ktoś ma z Tobą jakiś problem, jest to Twoja wina. Tamto było skierowane do osób zarozumiałych i takich, do których nie dociera, że Twoja własna pierwsza osoba liczby pojedynczej może być wkurzającym wrzodem na dupie. Teraz będę przytulać tych, którzy czują się jak gówno.

Powiedziałam "pracuj nad sobą", "pozbywaj się wad". Ale, zapewniam, nie obejmuje to nienawidzenia siebie. Przeciwnie - kochaj siebie z tą wadą czy bez niej. I właśnie z tej miłości chciej ją usunąć, bo przecież w niczym ci ona nie pomoże. Najwyżej zatruje umysł, duszę i relacje międzyludzkie.
Skąd jednak wiedzieć, czy ta właśnie cecha jest wadą? Nie zawsze jest to takie wiadome jak w przypadku, na przykład, skąpstwa. Wtedy najlepiej zapytać bliskiej, zaufanej osoby, która nie będzie bała się szczerze, może okrutnie, ale z miłości i troski powiedzieć "Tak, stary. To wyjątkowo wku*wia. Będę przy tobie, by pomóc ci się tego pozbyć".
Po tym dla pewności stań przed lustrem i przywołaj wszystkie sytuacje, w których ta cecha się objawiła. Czy sprawiłeś tym przykrość osobom dookoła? Czy wpłynęło to dobrze na Ciebie samego? Czy irytowałaby cię ta cecha u kogoś innego? Oraz, mój ulubiony sposób: "Gdyby bohater książki/filmu tak postąpił, czy uderzyłbyś się w czoło?"

Jeśli odpowiedź na te pytania brzmi "tak" - nie zwijaj się w kłębek samonienawiści, nie sięgaj po leki uspokajające i smutną playlistę w telefonie. Ja wiem, to trudne. Ale nie pomoże to nikomu, a Tobie, bo wbrew wszystkiemu to o Ciebie tu chodzi, wręcz zaszkodzi.

Jeśli odpowiadałeś "nie", sprawdź jeszcze raz. Jeśli wynik się nie zmienił, to naprawdę ta cecha jest w porządku, a Ty możesz zabrać się za zwalczanie zła w świecie zewnętrznym. Pomyśl o tych wszystkich samotnych szczeniaczkach! A teraz, leć zmieniać świat na lepsze!

Rozpisałam się niesamowicie. Przepraszam wszystkich, którym podniosłam ciśnienie tym postem - po prostu taka lekcja wynikła dla mnie z własnego rozwoju (bo, hihi, tamta mała zołza to ja). Ucieszę się, jeśli do kogokolwiek dotrą moje słowa i zainspirują do wyjścia z kokonu i rozwoju duchowego, towarzyskiego i zawodowego.

Nie wątpię, że wiele aspektów pominęłam. Kto wie, może wrócę do tego obszernego tematu od innej strony? Póki co jednak, dość mojego kaznodziejstwa. Podziwiam, jeśli ktoś dotarł do tego miejsca.

Do zobaczyska!
Ruda






Komentarze